Etykiety
- Bodrum 2022 (1)
- Bułgaria 2021 (1)
- Ciekawostki (22)
- Djerba 2005 (12)
- Egipt (2)
- Kreta (1)
- Maroko (3)
- Monastyr 2007 (2)
- Podróże po Polsce (3)
- Tunezja 2007 (3)
- Tunezja 2008 (2)
- Tunezja 2013 (2)
- Tunezja 2016 (2)
- Tunezja 2017 (1)
- Tunezja 2023 (1)
- Turcja (3)
- Turcja 2020 (1)
- Turcja 2022 (1)
- Turcja 2024 (1)
- Z życia wzięte (67)
- zwyczaje i obyczaje w Tunezji (13)
niedziela, 29 grudnia 2013
środa, 23 października 2013
Co nam zostało z tych lat?
Pięknie
można zacząć od slow piosenki. Na co mogę liczyć w w moim wieku
– ot byleby przeżyć od emerytury do emerytury. Nigdy nie
angażowałam się w politykę i dalej tego nie robię. Dlaczego?
Prosty wniosek – ja się na tym nie znam. Dzieci wychowane, wnuczek
odchowany, nas emerytów uznają za niedołęgi tak fizyczne jak
umysłowe bo dodatkowej pracy z racji wieku nie dostaniemy. Co nam
zostało. Korzystać z życia.
Otóż inne portale randkowe
skasowałam, zostałam na jednym. I zaczął się cyrk na kółkach.
Nie wiem już czy się śmiać czy płakać czego ludzie szukają czy
oczekują. Wieku nie ukrywam a tu dwudziestoparolatek pisze do mnie:
jesteś piękną, elegancką kobietą – poznajmy się bliżej.
Wyłam ze śmiechu odpisując – synku moja córka jest starsza od
ciebie, czego oczekujesz. No jeden mnie nawet wprawił w niemałe
zdumienie bo pisze że oczekuje zrozumienia, żeby go wysłuchać.
Pierwszą myślą jaka mi przyszła do głowy to psycholog dla tego
młodzieńca. Ale dyplomatycznie odpisałam że niestety z racji
różnicy wieku nie mamy wspólnej płaszczyzny porozumienia.
O
załączonych fotkach do profili nie wspomnę bo natychmiast wywołuje
to u mnie rumieniec wstydu. Ale trafiłam na wysokiego mężczyznę PRAWIE w moim wieku. Czy jestem z tej sesji
zadowolona – powiedzmy że krytycznie patrzę na swoje foty.
Przydałoby się przed zimą pozbyć oponek – bo jak mnie tak
wiosna zastanie to będzie szok. Na razie czekam na zapis na lekcje
tańca, Oby do wiosny.
Lekcje arabskiego wstrzymane, nauczyciel to
dupek do kwadratu.
Szukam
sobie zajęcia na tyle na ile mogę. Na razie nie mam wyjazdów
zaplanowanych więc i pisać nie mam o czym. Ale będę obserwować
życie wokoło mnie, może coś ciekawego się wydarzy.
Sesja zdjęciowa
czwartek, 19 września 2013
Kolejne spotkanie maturzystek
Jak
by na to nie spojrzeć z każdym spotkaniem jest nas coraz mniej. I
to nie dlatego że niektórych nie ma już wśród nas ale może nie
każdy chce się obnosić ze swoją „dojrzałością”. A mnie tam
ganc pomada ile mam lat, czuję się młodo i to najważniejsze. Już
parę tygodni wcześniej zapadła decyzja dotycząca daty – 14
września. W lato wiadomo albo sami gdzieś jedziemy albo mamy na
głowie nasze kochane wnuczęta. Wybrałam się na Dworzec Zachodni
po bilet. Lubię mieć sprawy zapięte na ostatni guzik.
Na Zachodni
dojechałam wnerwiona bo autobus spod domu – linia wycofana, autka
nie mam, jakimiś pokrętnymi drogami ale dotarłam. W kasie
zażyczyłam dobie bilet + 60 bo ulga. Zawsze to 5 zł oszczędności
czyli połowa paczki fajek. A ponieważ ja kupuję dobowy emerytalny
postanowiłam go wykorzystać na full. Pojechałam do CH „Reduta”.
Tam zawsze można wyczaić jakieś promocje. Ale pamiętałam też o
obietnicy danej sąsiadkowi, że kupię mu kamerkę do skypa.
Spokojnie obleciałam cały market, oczywiście kamerka w koszyku. A
potem już na luzie telefonik do Danuśki – organizatorki spotkania
SKARBIE MAM JUŻ BILECIK, BUZIOLKI DO SOBOTY.
W
międzyczasie na rodzinnym obiadku pojawiła się moja córka z
Miśkiem i robiłyśmy przegląd garderoby i butów coby nie wyjść
na tłumoka.
Walizeczka
zapakowana, 14 września wyjazd do Przasnysza. Miło jest po latach
zobaczyć stare kąty, luknąć świeżym okiem na zmiany. Do Danuśki
dojechałam o czasie, nawet był czas na małą czarną. Potem szybko
zmiana ubranka i w drogę. Podwiózł nas syn Danuśki do Przasnysza
do Zajazdu Staropolskiego.
Miałyśmy
zarezerwowany dla nas stolik, nie było nas było wiele więc się
mieściłyśmy. Zamówione potrawy smaczne w wystarczającej ilości.
Rozmowa przyznaję dość trudna i drętwa.
Z dwiema koleżankami
spotkałam się po raz pierwszy od matury. Ela zakrzyknęła –
Jadzia jak zwykle szalona, kochana nic się nie zmieniłaś. Taka
sama wariatka jak w szkole. No i oczywiście popłynęły wspomnienia
jak na lekcji Przysposobienia Obronnego siedziałam w pierwszej ławce
i cielęcym wzrokiem wodziłam za nauczycielem, albo na chemii
zamiast nadmanganian potasu powiedziałam niańgań mańgań potasu z
czego cała klasa wyła ze śmiechu. Wspominałyśmy niemal więzienny
rygor jak chodzenie w mundurkach i czapce, sprawdzanie tarcz,
czystych kołnierzyków czy właściwego obuwia.
![]() |
przywitanie z Hektorkiem |
Opowiedziałam im
przy okazji jak przez Facebooka odnalazłam swoją młodzieńczą
miłość, jak mi opowiadał że szukał w parku zacienionej alejki
aby mnie potrzymać za rękę. Też moje wspomnienia wywołały falę
śmiechu. Musiałyśmy jednak zachować przyzwoitość bo tuz za
parawanem odbywała się stypa. Generalnie po spotkaniu spodziewałam
się więcej emocji, żartów, wspomnień.
![]() |
tyle nas tylko było niestety |
Do
Danusi wróciłyśmy znowu jej samochodem kierowanym przez drugiego
syna. U Danuśki pierwsze kroki zawsze kierowałam do Hektorka.
Urosło bydlę jak każdy bernardyn. Oni się dziwili że Hektor nie
skakał na mnie, jedynie obwąchiwał mi rękę i lizał.
Przy okazji
z synami Danuśki wynegocjowałam pożyczenie na wieczór lapka. Jak
mogłam opuścić spotkanie z moim ….... i naukę arabskiego
(poprzednią noc wiedząc że mnie nie będzie wyczaił, że jestem
na czacie w telefonie). Pisałam wtedy leżąc w łóżku. Laka
dostałam do swojego pokoju, ale bez zasilacza a bateria szybko się
wyczerpywała. Zakrzyknęłam do syna Danusi aby mi podrzucił do
pokoju zasilacz. No i się „piekło” rozpętało. Czytam na skype
– kim jest ten mężczyzna – syn koleżanki. Oj nietęga była
mina. Pytam jesteś zazdrosny – TAK. Wow na 3 lata znajomości po
raz pierwszy usłyszałam to. Nawet nie powinnam się tłumaczyć ale
niech tam. Rozmowa długa, ciekawa, no i zadowolenie że wracam
domu. Na drugi dzień Z Danusią zrobiłyśmy sobie wycieczkę po
mieście. Fajnie wrócić do korzeni. Idąc ulicą od razu
przypomniały mi się miejsca, ludzie których tam spotykałam.
Jednym słowem moje rodzinne miasto ciągle jest w moim sercu. A w
dniu wyjazdu Danusia ze swoją sąsiadką Basią którą poznałam
wcześniej odprowadziły mnie na przystanek. 3 godziny jazdy i jestem
już w Warszawie, a potem jeszcze blisko godzina i już wylądowałam
w swoim bocianim gnieździe.
piątek, 16 sierpnia 2013
Podróże z "DANĄ"
Pisałam
już wcześniej, że mój agent z którego uslug korzystałam przez
wiele lat niestety musiał zamknąć interes. Mnie w wyborze nowego
agenta pomogła Dorothy – moja znajoma od ponad 2 lat. Wprawdzie
biuro DANA znajduje się w Ostródzie, ale w dobie internetu to
naprawdę żaden kłopot dla potencjalnego turysty. Coś co mnie
urzeka i przyciąga do takich ludzi jak pracownicy DANY to
profesjonalizm, przemiła obsługa i rzetelność. Wprawdzie na
stronie w przeciwieństwie do innych biur nie można samemu wybrać
oferty ale od czego są emaile. DANA jak się domyślacie jest
skrótem imienia Danuta – czyli imienia przesympatycznej, uroczej i
niesamowicie życzliwej właścicielki.
Chcesz
mieć wakacje na miarę swoich marzeń. Wystarczy przygotować sobie
swoje preferencje tzw. ile możesz wydać? Opcja all incl. czy HB?
Miejsce wypoczynku? Konkretny termin. No i jaki problem wrzucić te
wszystkie dane na emaila. Panie z biura DANA przygotują dla ciebie
indywidualną ofertę. Poprzednio w komentarzach były obawy a to
trzeba dzwonić a to nic nie można znaleźć. Kochani – bzdura do
kwadratu. I ty pojedziesz na wakacje, i dzieci na obóz można
wysłać, a także poprosić o znalezienie połączenia samolotem,
autokarem ba nawet DANA pomoże wybrać ubezpieczenie.
Ja
jestem zadowolona z biura. Mój ostatni pobyt w Hammamecie w maju
bieżącego roku uważam za jeden z najbardziej udanych. Nie
narzekam. Zbieram kasę na następny wylot, oby nastąpił jak
najszybciej. No i oczywiście polecę z biura DANA.
Ps.
Z ostatniej chwili. Właścicielka biura Pani Danusia zmaga się z
najgorszą chorobą tj. z nowotworem. Prosperowanie biura to
nieodzowny czynnik niezbędny do leczenia. Koszty nie są małe, a
więc starajmy się pomóc korzystając z ofert proponowanych przez
pracowników.
środa, 10 lipca 2013
Randkowy szok
Jako singel nie zawsze mogę zajmować
czas swoim przyjaciołom i znajomym. Wpadłam zatem na pomysł zarejestrowania się
w jednym z portali randkowych. Dlaczego by nie, inni mogą to co ja gorsza?
Na początku nawet nie było źle, ale
nie wiem czemu trafiam na samych popaprańców. Albo stary 50 letni kawaler
mieszkający z mamusią, wracający na noc do domu. Inny znowu najchętniej
obejrzałby moje śliczności (czyli piersi). Znajomość zakończona bo jestem zbyt
romantyczna (raczej trzeźwo patrząca na świat) po stwierdzeniu przeze mnie, że
nie jestem kukłą z wystawy aby się pokazywać. Podobno mężczyźni są wzrokowcami.
A patrz sobie gamoniu na mój dekolt – zawsze głęboki. Co mi tam, póki jest co
pokazywać. Nie muszę tłumaczyć każdej osobie z osobna, że nie noszę ciuchów pod
szyję z powodu tarczycy. Uznają mnie na twardą babę no i dobrze.
Ale to co ostatnio przeżyłam to
przeważyło szalę. Gadka szmatka umówiłam się na RANDKĘ. Jeszcze wiem jak to się
robi. Do domu nie zapraszam, preferuję neutralny grunt. Wybrałam miejsce 2
przystanki od mojego domu. Z racji dobrego wychowania przyszłam o czasie ba
nawet 5 minut wcześniej. Głupio się czułam tak przestępując z nóżki na nóżkę
więc wyciągnęłam z torebki aparat który tam jest na stałe i zaczęłam
fotografować okolicę. Udawałam, że tak ma być.
Kiedy dzwony kościelne obwieściły
godzinę 12.00 przejechał koło mnie na rowerze jakiś dupek. Odstawił rower,
zabezpieczył przed kradzieżą i zaczął się przechadzać w tą i z powrotem.
Domyślałam się kto to jest chociaż nie miałam pewności. Przy okazji zadzwoniłam
do Dorothy z pytaniem co ja mam robić. Określiłam typka, jego zachowanie, ubiór
i tp. Dorothy ze śmiechem mówi podejdź do niego, zapytaj czy to on. Tak też
zrobiłam.
Teraz wyobraźcie sobie widok; Ja
odpicowana, w kolorowej sukienusi, na szpileczkach i w kapeluszu, on w podkoszulku, szortach typu dynamo
Kijów, z plecaczkiem, w jarmarcznej czapeczcie. Poszliśmy do restauracji, ja
pełna obaw czy go nie wyproszą, ale patrzyłam też co zamówić aby w razie czego
mieć za co zapłacić za siebie rachunek. Jego opowieści o pobycie w Legii
Cudzoziemskiej obfitowały co drugie słowo na k albo p. Z trudem wytrzymałam niemal
godzinę rozmowy. Wreszcie zdecydowałam że mam dość i pod pretekstem zakupów dla
sąsiadki pożegnałam się dziękując za poświęcony czas.
Wychowano mnie tak, że mężczyzna
przychodzący na randkę ma na sobie jeśli nie garnitur to przynajmniej strój
schludny, czysty. A sam określił spotkanie jako randka. Chłop lat 60, ale chyba
z niektórymi zasadami dobrego wychowania ma na bakier. Dopiero w domu mogłam
się pośmiać z całego incydentu. Że też w 21 wieku jeszcze są takie niereformowalne
typki. Mam tylko nadzieję, że trafię na kogoś z kim rozmowa będzie
przyjemnością.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Uliczna ZUMBA
Jakoś
po powrocie z mojej ukochanej Tunezji straciłam zapał do pisania.
Ale trzeba wracać do rzeczywistości. Więcej opowieści o moim
pobycie niestety nie będzie bo był to wyjątkowo osobisty wyjazd.
Ale do rzeczy. Dla mnie wypoczynek się skończył z powrotem z Tunezji, skończyły się lekcje tańca no i co dalej robić. Nie to
żebym siedziała bezczynnie, o nie bo tego nie potrafię.
Zaczęłam
porządkować latami i datami wszystkie zrobione przeze mnie zdjęcia
z wyjadów za granicę, w Polsce, z wszelakich spotkań tak
towarzystkich jak i rodzinnych. Nie umiem się rozstać z aparatem
fotograficznym. Buszując po necie znalazłam tak nagrania puszczane
w hotelu na wieczornym show jak i nawet krótkie filmiki z
choreografią do tej muzyki. No i oczywiście puszczam to z lapka na
telewizor, większy ekran, lepiej widać i …. oczywiście tańczę.
Kiedyś w rozmowie z siostrą porównywałyśmy „zdolności”
rodzinne i wyszło z tego że nasz mama zawsze mówiła, że gdyby
jej zagrać na kijach pójdzie tańczyć na drugą wieś. Zatem po
kimś tą taneczną pasję odziedziczyłam. No i dobrze bo tańczyć
uwielbiam. Jak to jest w tytule nie miałabym oporów zatańczyć
nawet na ulicy – dobrze czy źle ale bym sobie potańczyła. W
sierpniu czeka mnie opieka nad wnuczkiem, ale to duży chłopak (10
lat) pogadać już z takim można, pośmiać się, ba nawet wciągnąć
go do tańca.
wtorek, 4 czerwca 2013
Tunezja po raz ósmy
Gdyby
można było usłyszeć pytania czytających to pewnie byłoby – po
diabła aż 8 razy do tego samego kraju. A ja z uporem maniaka
odpowiem – bo kocham ten kraj, ludzi, muzykę, palmy, klimat i tp.
Planowałam
ten wyjazd przez ostatnie pół roku. Jak to emeryt trzeba zgromadzić
trochę grosza na opłatę i oczywiście kieszonkowe. Z tym ostatnim
nie ma problemu, wiele nie potrzebuję. Oferowane wycieczki z hotelu
już mam za sobą. Ale ….. uczyłam się arabskich zwrotów. Czy
się przydały – ma się rozumieć.
Na
lotnisku odebrała mnie znajoma koleżanka rezydentka. Ponieważ
widziałyśmy się w Polsce w styczniu Justysia nie widziała zmiany
chociaż podglądała moje foty na FB (spadek wagi). Po odebraniu
bagażu, segregacji co jest moje a co dla niej tanecznym krokiem
swoim zwyczajem pomaszerowałam do okienka gdzie rezydowała
Justysia. Śmiałam się głośno bo postawiłam walizkę przy nogach
i zrobiłam pokaz jak na wybiegu modelek. Bagażowi i inni patrzyli
na mnie podejrzliwie ale mam to w nosie. Okręciłam się na pięcie,
podniosłam obydwie dłonie do góry i zakrzyknęłam WITAJ
TUNEZJO – Jagoda przybyła. Strasznie się z Justysią
uśmiałyśmy, pochwaliła moje postępy ze spadkiem wagi.
W
międzyczasie bagażowy niemal na siłę wyrwał mi walizkę z rąk
aby ją umieścić w odpowiednim autokarze. Niestety spotkanie na
lotnisku z Justysią była w czasie tego pobytu jedynym spotkaniem.
Ale miałam od niej starter tunezyjskiego numeru, w komórce już
wbity jej numer telefonu więc kontakt jest załatwiony.
Do
hotelu droga szybka. Dostałam pokój w którym nie było balkonu,
tarasu jedynie kraty w oknach. No nie – tego nie ścierpię. A że
w czasie nauki zwrotów arabskich przezornie poprosiłam o fonetyczne
zdanie – proszę o ładny pokój dowiedziałam się że ewentualna
zmiana może nastąpić dopiero następnego dnia.
A
wracając do tematu języka arabskiego. W życiu się tak nie
uśmiałam. Tak na lotnisku jak i w hotelu (mając w zasięgu ręki
swoje notatki) odpowiadałam na ile rozumiałam zdanie. Nie było to
zwyczajowe dzień dobry cy dziękuję po arabsku. Szczęki im opadały
ze zdziwienia, jak poza tymi zwyczajowymi mówiłam np. jest gorąco,
piękna pogoda, poproszę o czarną kawę, uczę się arabskiego, to
mój nauczyciel i tp. Pomijając moje buczenie pod nosem znanym mi
melodii. A już pierwszego dnia hotelowy fotograf zaprosił mnie na
coffe drink. Why not? Pomyślałam.
Pobyt
uroczy, a przy okazji potańczyłam sobie w arabskich rytmach,
pogadałam o dziwo po angielsku. Okazało się że wcale nie jestem
taki tuman pospolity. Rozumiałam ich, a oni moje niegramatyczne
zdania.
Szybko
jednak czas płynął i powrót do rzeczywistości stał się faktem.
Przy okazji zrealizowałam zamówienie znajomych” wyszukane
przyprawy, olejek do opalania a dla siebie rzecz jasna płyty z
muzyką arabską. Znajomi pytają mnie dlaczego Tunezja i czy nie
powinnam się tam przenieść na stałe????? Musiałabym to
rozważyć???? Ale chyba jednak wolę swój kraj, swoje miasto,
swoich znajomych, no i masz babo placek kocham obydwa kraje.
Tańce a animatorami
czwartek, 16 maja 2013
Wakacje w 2013 roku
Większość z nas już po Nowym Roku zastanawia się
gdzie spędzić wczasy. Zaczynamy wtedy poszukiwania w internecie,
zasięgamy języka u znajomych, porównujemy ceny.
Moim ukochanym kierunkiem jest oczywiście Tunezja.
Za każdym moim wyborem stoi oczywiście cena. Ale już dawno doszłam do wniosku,
że wczasy za granicą są tańsze niż w kraju. Jako ekonomista przeliczam dojazd,
pokój, wyżywienie, kieszonkowe i wychodzi, że jak wybiorę wczasy np. w Tunezji
to płacę mniej.
A mam wszystko pod ręką, wygodny lot samolotem, opiekę
rezydenta (z tym różnie bywa), wyżywienie, no i co najważniejsze gwarancja
pogody. Oczywiście zaglądam na różne strony w tym http://www.fostertravel.pl/wczasy/tunezja/ i zawsze coś
ciekawego uda się wyczaić. Ceny przyzwoite, dobry opis hotelu. Akurat
zawiesiłam wzrok na hotelu Thapsus w Mahdii bo znam ten hotel. Lecąc sama
niestety zawsze muszę dopłacać do pokoju. Ale mówi się trudno. Wczasy w
pojedynkę zawsze są obarczone ryzykiem. Już się do tego przyzwyczaiłam. Lubię
być sama w pokoju, nieskrępowana, na luzie. Wprawdzie hotel posiada jedynie 3,5*
ale wg mnie zasługuję na tą jedną więcej.
Będąc w 2007 roku na tzw. Olimpiadzie Oasis
nocowaliśmy w tym hotelu. Tu oczywiście odbywały się nasze konkurencje sportowe.
Mieliśmy też występ Miss Tunezji. Bardzo podobał mi się holl recepcyjny,
czysty, przestronny z płytkami w formie szachownicy na podłodze. Ale tez miło
wspominam z innego powodu. To właśnie w tym hotelu udzieliłam wywiadu dla
kanału Podróże TV.
W tym roku niestety wczasy za granicą muszę
odłożyć bo właśnie wróciłam z sanatorium
w Krynicy Zdrój. Trzeba zbierać kasę ponownie, ale nie ustaję w poszukiwaniach
dobrych ofert, niskich cen i czasami towarzystwa na wyjazd.
![]() |
grudzień 2007 - w hotelu Thapsus |
poniedziałek, 6 maja 2013
Zmiana agenta - nowa cenna znajomość
Niestety
koleje losu biur turystycznych nie są nigdy do końca znane. Po
wielu latach moi znajomi agenci zamknęli swoje biuro. A było mi z
tym badzo wygodnie, bo wystarczył jeden telefon z pytaniem Ireczku
za taką kwotę znajdź mi skarbie Tunezję moją ukochaną.
Oczywiście natychmiast dostawałam do wyboru tak miejsce czyli
miasto jak i hotel. Ma się rozumieć z all inclusive. Jestem wygodna
i nie będę bładziła po mieście aby móc wrzucić coś na ruszt.
Dzięki Irkowi i jego zonie wyjechałam do Tunezji na 2 tygodnie
łącznie z wycieczką na Saharę. A tam byliśmy 2,5 dnia. Przykro
mi, że straciłam taki kontakt, służbowy bo prywatnie jesteśmy w
kontakcie.
A
dzięki znajomościom jak je nazywam wyjazdowym na lotnisku przed
wyjazdem, w hotelu a także w drodze powrotnej poznałam Dorothy.
Kobitka, tylko konie z nią kraść, na stanowisku z licznymi
kontaktami w różnych dziedzinach podzieliła się ze mną swoimi
znajomościami. I tak tego roku, kiedy podjęłam decyzję o ponownym
odwiedzeniu Tunezji zaproponowała mi swoich znajomych BIURO
USŁUG TURYSTYCZNYCH „DANA” w Ostródzie http://biurodana.w.interia.pl/. Z dziką
rozkoszą zaczęłam kontakty z właścicielką Panią Danusią i Jej
wspaniałymi pracownicami.
Miałam problem z wyznaczeniem terminu bo
jeszcze wtedy oczekiwałam na sanatorium.
Biuro Pani Danusi to nie
tylko wyjazdy zorganizowane ale też kolonie, obozy, bilety lotnicze
i autokarowe, a nawet ubezpieczenia, nie wspominając już o sanatorium dla wszystkich emerytów. Ciekawa oferta jest na wrzesień, góry i morze, cena 1180 zł za 2 tygodniowy turnus, z 2 zabiegami i 3 posiłkami dziennie. Oferta szalenie ciekawa. Przyznaję, że byłam
zaszokowana dokładnością, precyzją a przede wszystkim tym, że
klient jest najważniejszy. Bardzo wszystkim polecam Biuro „Dana”
bo i fachowość, uprzejmość, znajomość tematu, a także fachowe
doradztwo dla klienta na najwyższym poziomie.
Chciałabym
aby przez mojego bloga potencjalni klienci wiedzieli, że gdzieś w
Polsce jest biuro usług turystycznych, mogący spełnić każde
marzenie, każdy kaprys klienta z uśmiechem, wdziękiem i
fachowością.
sobota, 27 kwietnia 2013
Krynica Zdrój - masaże, balety, humor
Cały
3 tygodniowy pobyt w Krynicy był niezły. Towarzystwo ze stołówki
się jakoś zintegrowało no i potem po zabiegach tematem były
spacery, zwiedzanie i oczywiście balety. Przy moim stoliku 18A
siedziała starsza para małżeńska z Ostrowca Św., były
sportowiec z Oświęcimia,
![]() |
Pan Mirek i Pan Jan z żoną |
Róża z Suchej Beskidzkiej, pani której
imienia do końca nie poznałam i oczywiście ja. W miarę upływu
czasu przy stoliku było nam coraz weselej. Starszy Pan Jan donosił
idąc do stolika – idę do moich Pań. A że panów było tylko
dwóch my dziewczyny rozpieszczałyśmy ich podając herbatkę,
nalewając zupkę i tp. Oczywiście żartom nie było końca.
![]() |
Róża i Pani Małomówna |
Pan Jan
w obecności żony próbował uwodzić nas, Mirek sportowiec
opowiadał jakie ścieżki w Krynicy zwiedził, a my z Różą
obdarowywałyśmy panów uśmiechem, żartem. Jakoś się towarzystwo
zgrało.
Byliśmy chyba najgłośniejszym stolikiem w jadalni. Kiedyś
przy śniadaniu o mała chwilę trzeba by było wzywać ambulans bo
krztusiliśmy się ze śmiechu. Oczywiście temat nasza waga. Ja
mówię, byłam się zważyć tydzień temu, mam w plecy 3 kg, na co
Mirek mówi – waga dziś miała zły humor, jutro powie Pani, że
za dużo zjadła śniadania i zaleci spacer na Górę Parkową, albo
spacer po Krynicy. Temat mówiącej wagi towarzyszył nam już do
końca. Jan z żoną nie mieli spadku wagi bo Jan po śniadaniu biegł
na miasto do spożywczego i jak nam obwieścił kupuje 2 bułki na
miejscu, 4 na wynos i 1/2 kg kiełbasy. No i jak tu nie wyć ze
śmiechu. Ja na to wzorem reklamy w TV pokazuję gestem Chucka
Norrisa – place w oczy – wszystko widzę. Róża też kobieta z
biglem ciągle coś opowiadała śmiesznego. Nasze gromkie wybuchy
śmiechu wzbudzały zainteresowanie kuracjuszy. Ale co tam. Kiedyś
Róża zaczęła temat baletów, ja mówię jak mnie ktoś zaprosi to
w 2 minuty jestem gotowa. No i stało się. Po południu puka ktoś
do mnie, a to Róża z propozycją. Jakichś 2 facetów z naszego
ośrodka zaprosiło ja na balety ale powiedziała że sama nie
pójdzie. Przyszła do mnie, 2 minuty – bluzka zmieniona, pióra
nastroszone, szpilki w torbie i idziemy. Na szczęście nasi panowie
umieli tańczyć. Janusz tańczył dobrze, ale strasznie szarpał aż
mu zwróciłam uwagę że wyrwie mi rękę z barku, za to Marek –
pełen odjazd. Tańczy jak marzenie. A przy okazji dowiedziałam się,
że tańczę jakbym znała jego myśli jaki krok zrobić, nie musi
mną kierować bo wyczuwam temat. Tańczyło się bosko. Marek jest
tancerzem rewelacyjnym. Ale jak chciałam zrobić fotkę moją w
tańcu Janusz bronił się jak..... tchórz. Nie wytrzymałam i
powiedziałam że boi się własnego cienia (w postaci żony
zostawionej w domu). Ale co tam, zabawa była przednia. Panowie
odprowadzać nas nie musieli jako że byliśmy lokatorami tego samego
uzdrowiska. Na balety chodziliśmy jeszcze kilka razy. Zabiegi,
spacery, balety szybko mijają. W recepcji gdzie był zasięg wifi
poznałam małżeństwo z Łodzi. Na baletach obserwowałam jak Henio
z Krysią wywija w tańcu.
z Krysią przed Muzeum Nikifora |
Fajni ludzie. Ale czas płynie i trzeba się
szykować z powrotem do domu. Wypis – jedna wielka ściema. Pan
doktor podpytał czy zabiegi mi pomogły, zaprosił ponownie do
Krynicy i po herbacie. Ale odbierając od pielęgniarki wypis
doznałam szoku, ciśnienie, waga – wpisane z powietrza. Ot polska
rzeczywistość.
Powrót
autobusem ponownie 10 godzin był lepszy, w dzień i w towarzystwie
Basi – lokatorki z pokoju Róży. Po drodze gadałyśmy, jadłyśmy
lunch. Droga zeszła szybciej. Ale już na dworcu znowu koszmar. Nie
ma na schodach zjazdu na wózki. A przecież walizka powiększyła
gabaryty. Wyjeżdżałam w ciuchach zimowych a wracałam we
wiosennych. Gdzieś to trzeba było przecież upchnąć. Miejską
komunikacją dojechałam do domu i znowu pod górkę, przy mostku
przejścia na drugą stronę są windy ale nieczynne. Nadźwigałam
się walizy jak dziki osioł. Ramiona w barkach od nadmiernego
ciężaru bolały mnie jeszcze ze 2 dni.
Korzyść
z pobytu – wspaniałe masaże, świeże powietrze, niezłe
towarzystwo. Wszystko ok tylko dojazd powtarzam koszmarny. Ale nie
tracę humoru bo 23 maja lecę do mojej ukochanej Tunezji.
Kochani
– do zobaczenia na szlaku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)