niedziela, 20 listopada 2016

Mam marzenie

Oczyma wyobraźni już widzę miny czytających – kpiące, śmieszne, pełne........., że starej babie odwaliło. A owszem mimo dojrzałego wieku jak każdy marzę. A moje marzenia do tej pory te bardzo realne zostały spełnione – poleciałam do Afryki, jechałam na wielbłądzie, leciałam na spadochronie za motorówką, nocowałam na Saharze – największej pustyni świata. Mogą się spełnić marzenia – oczywiście o ile są realne. Tak więc mimo cyfr u pana pessela jestem młoda duchem. Wszystkim wokoło powtarzam, że pessel to tylko cyfry. Wśród moich znajomych panuje opinia, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście że nie. Całe życie towarzyszy mi muzyka, a jak muzyka to i taniec. Nawet chodziłam na kurs tańca, wprawdzie krótko, ale zawsze trochę liznęłam tej sztuki.

Oglądając „Taniec z gwiazdami” niejednokrotnie patrząc na tancerzy myślałam i marzyłam by chociaż raz oddać się w ręce zawodowego tancerza. Co może być w tym przeszkodą? Wiek, tusza, niesprawność – przecież to wszystko można pokonać. Ja siebie akceptuję taką jaką jestem. Na sezon wiosenny mam zamiar zapisać się na Zumbę.

Jan Kliment
Rafał Maserak





 
Stefano Terrazzino













Dla różnych osób jest Fundacja Mam Marzenie. Bardzo szczytny cel. Czemu nie powstaje jakaś organizacja aby spełniać marzenia osób dojrzałych. Może sięgam za wysoko? A niby czemu nie mogę sobie pozwolić na takie marzenie. Zakładając bloga nie przyszło mi nawet na myśl, że będę udzielała wywiadów tak w czasopismach jak i dwukrotnie w telewizji oraz na portalach turystycznych. To daje mi poczucie, że człowiek do końca życia przynajmniej dla siebie stanowi wielką wartość. Opinia obiegowa o osobach dojrzałych czyli seniorach nie jest miła. Czy mając tyle lat ile mam powinnam siedzieć w domu w papuciach, z kotem na kolanach, dziergająca na drutach? Chodzę po domu boso, kota nie mam, a dzierganie na drutach mnie irytuje – za wolno przybywa ściegu. Staram się być aktywna tak psychicznie jak i fizycznie. Czytam, słucham muzyki, kręcę bioderkami przy pracach domowych, jednym słowem być na topie.

Obecnie znowu pracuję, przebywam wśród ludzi – odmłodniałam wewnętrznie o jakieś …..... 20 lat, zatem wracam do swoich marzeń, kto wie co z nich wyniknie.

sobota, 15 października 2016

Październikowe Sousse

Dostałam zlecenie zastępstwa wg wstępnego ustalenia na 3 miesiące. Pomyślałam – kochana może ostatni raz ale lecę do  Tunezji. Nic nie poradzę, że uwielbiam palmy, klimat no i oczywiście muzykę. Słowo się rzekło kobyłka u płota. Dostałam pierwsze dwie wypłaty i natychmiast zabukowałam sobie miejsce u znajomego agenta. Wybrałam Hammamet ale hotel wskazany przeze mnie zniknął jak widmo z oferty bo miał zbyt złą opinię. W zamian dostałam propozycję hotelu w Sousse, o jedną gwiazdkę lepszy no i znałam go z Olimpiady Oasis. Bravisimo.

Lot lekko opóźniony ale spoko, nie nerwujsa. Gładkie lądowanie. Na lotnisku Enfidha pustawo więc i odprawa poszła gładko. Do swojego autokaru na transfer do hotelu dotarłam bez przeszkód, papieroska wypaliłam i wsiadłam. Przede mną siedziała rodzinka: rodzice z 2 dzieci. Gadka szmatka – jedziemy do tego samego hotelu. Znajomość przypieczętowana nakrętką z odrobiną whisky. I tak się zaczęło.

Luiza, Rafał oraz Damian i Nikolka to super towarzystwo. Każdą chwilę spędzaliśmy razem. Jako, że wielokrotnie odwiedzałam Tunezję podzieliłam się swoją wiedzą na temat zwyczajów i obyczajów. Następnego dnia wyruszyliśmy na souk. Drobne zakupy i powrót do hotelu. Luiza z rodziną zamieszkała w bungalowie ja niestety w 3 piętrowym budynku wśród....... rosjan. Oj dali się we znaki jak nigdy. Darli się po nocach, o muzyce i krzykach nie wspomnę.

Hotel ogromny, z wielką ilością wszelakiego rodzaju basenów i zjeżdżalni. Raj dla dzieci. Nikolka każdą wolną chwilę spędzała w wodzie. Przed wyjazdem miałam niepokój bo poprzednie tygodnie w Tunezji lało jak z cebra. Nas przywitała słońcem, niemal upałem. Tradycją stało się, że jako posiadaczka kubeczków, łyżeczki i kawy plujki gościłam Luizę i Rafała w towarzystwie dzieci na codziennej „małej czarnej”. A było przy tym śmiechu co niemiara. Po kawusi na śniadanko, a potem na basen, na plażę, na drinka.

Ja dodatkowo miałam ze sobą discmana z głośniczkiem i płytami. Mieliśmy rozrywkę. Cały personel hotelu mówił głównie w języku rosyjskim. Było to o tyle irytujące, że ci turyści okupowali cały hotel, czując się aż za swobodnie. My obserwowaliśmy tylko to ich zachowanie co najmniej naganne. Awantury, przepychanie się do stołów. Wynoszenie z nowe nagrania muzyki, po czym zaprosił mnie do restauracji jedzenia na zapas. Żałosne i śmieszne jednocześnie. Szkoda, że potem jest opinia przypisywana europejczykom bez wyjątku. Czuli się chyba panami tego świata. śmieszna jednak była rewia mody pań, puszystych w mini w brokatach i nie tylko.

Byłam z moim znajomym na souku bo bardzo chciałam kupić nowe nagrania muzyki a potem zaprosił mnie na kawę a następnie do arabskiej restauracji na prawdziwe, tradycyjne tunezyjskie jedzenie. Oczywiście zamówiłam chorbę.

Zaplanowaliśmy sobie wyjazd do Port El Kantaoui. A tam w parku rozrywki znowu wiele atrakcji. Nie wiem jak to się nazywa ale było tez coś w rodzaju wyrzutni, wystrzeliwało w pionie na dość dużą wysokość i szybko, chwila relaksu w górze i z powrotem spadek na dół. Jedynie my z Luizą zdecydowałyśmy się na ten rodzaj rozrywki, panowie stchórzyli. A był z nami mój znajomy tubylec którego znam 6 lat. Podobno martwił się o mnie. A co mi się może stać, jak ma mnie szlag trafić to miejsce nie ma znaczenia. A doznania były REWELACYJNE. Potem poszliśmy na kawę i tu znowu powód do śmiechu. Zakrzyknęliśmy że pijemy kawę po pańsku czyli z ostawionym małym palcem. Rafał filmował jak piłam kawę a poza kadrem ich syn Damian siorbał szejka. Na filmie wygląda na to że ja to robię. Płakałam ze śmiechu.

Niemal do codziennych rytuałów należała kawa poranna, potem drink przy basenie albo na plaży, długie rozmowy o wszystkim i niczym. Ale to nie znaczy, że się nudziliśmy. O nudzie nie było mowy. Nasze obserwacje dostarczały nam niezłej rozrywki. A na plaży wylukałyśmy spadochrony. Opowiedziałam mpoim znajomym jak wygląda lot bo taki miałam za sobą na Djerbie w 2005 r. Razem z Luizą pobiegłyśmy zamówić sobie lot. A co nam szkodzi. Rafał posiadacz niezłego sprzętu fotograficznego filmował wszystko co się da. Poleciałam z chłopakiem z obsługi, ale zabrałam ze sobą na ten lot swój aparat i filmowałam morze z lotu ptaka. Boże jaki to cudny widok. Luiza i ja namówiłyśmy jej syna 16 letniego Damiana i po raz pierwszy on też poleciał. Opowiadał o swoich wrażeniach i był zachwycony.

Jeden tylko dzień a raczej popołudnie pogoda się zepsuła, była burza. Pogoda cały czas ponad 30 stopni, upał.

W dzień przed odlotem w ramach prezentu na moje zbliżajęce się imieniny dostałam hennowy tatuaż na ramię – lwa.


Wyjazd z hotelu 4.15 po skromnym śniadanku, wylot o 7.00 rano z międzylądowaniem w Katowicach. Obiecaliśmy sobie, że w przyszłym roku jak się uda zgromadzić kasę obieramy kierunek Maroko, bo tam jeszcze nie byłam.


robienie tatuażu
wyjście po locie pionowych
chorba
Luiza i Rafał



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...