środa, 17 października 2012

Hotel Marhaba - Sousse



hotel Marhaba

w oczekiwaniu na koleżankę
     Ja to mam zakichane szczęście. Rano na dzień (3 kwietnia 2008 r) przed wylotem okazało się, że zostały zmienione godziny początku mojej nowej przygody. Kruca fuks. Mówi się trudno .... i leci się dalej.
Ten wyjazd jest wyjątkowy bo nawiązałam kontakt emailowo - telefoniczny  z rezydentką, którą poznałam w 2007 roku będąc w Monastyrze.

      Na lotnisko dotarłam o czasie, dzięki sprawności warszawskiego taksówkarza. Nawet nie zdarł ze mnie ostatniej koszuli. Na lotnisku - niespodzianka. Spotkałam byłego dyrektora biura który sponsorował grudniową Olimpiadę. Uśmiechnęłam się pełną gębą, zakrzyknęłam Hello Marek no i potoczyła się w ekspresowym tempie, bo miałam już iść do nowego terminalu na odprawę bagażową, wymieniliśmy uściski, uśmiechy i fru - poleciałam dalej. Nowa hala ........ żadne cudo, dużo miejsca i tyle. Znalazłam stanowisko i grzeczniusio stanęłam w kolejce. Cały czas się bałam czy nie przekroczę limitu swoich bambetli. OK. Nawet mi się udało. Oczywiście poprosiłam o miejsce przy oknie. Obejrzałam sklepy wolnocłowe, kupiłam wódeczkę i nie tylko.

      Autobusik podwiózł nas do samolotu i okazało się, że siedzę sama jak księżniczka. Nikogo nie trącam, nikomu nie przeszkadzam. Wkurzało mnie to międzylądowanie w Katowicach, ale trudno. Tam dobiło do nas trochę osób a moimi towarzyszami zostali rodzinę z 1.5 roczną Zuzią. W ten oto sposób zostałam na czas podróży i jak się okazało nie tylko przyszywaną samolotową babcią Jagodą.
    
     Do Monastyru dolecieliśmy o czasie. Już po wszelkich odprawach rozglądałam się ciekawie gdzie będzie moja ulubiona rezydentka. Zazwyczaj w hali przylotów stoi stoisko biura podróży, tym razem jeszcze go nie było. Razem z innymi ruszyłam do wyjścia na miasto i co zobaczyłam. Biegnącą moją Justysię, z rozwartymi ramionami wyciągniętymi do mnie. Ucałowałyśmy się, obściskały. Byłam zdziwiona że tak dobrze mnie zapamiętała. Oczywiście jak głupia baba zapytałam, czy bardzo się zmieniłam. Odpowiedź co najmniej mnie zdziwiła, zaszokowała i uradowała jednocześnie bowiem odpowiedź była krótka i wspaniała. Przez rok Pani tylko  wypiękniała - słowa Justysi sprawiły mi radość przeogromną. Wsiadłyśmy zatem do autobusu Nr 4 i w drogę. Pierwszym hotelem gdzie wysiadała garstka turystów był El Hana Beach, potem Saadia (mój zeszłoroczny pobyt) no i oczywiście moje miejsce docelowe MARHABA.

   Jadąc do naszego hotelu zapytałam Justysię czy w Saadii w holu nie widziałam przypadkiem Adela tego ze sklepiku bo mi błysnął przez szybę. Miałam nosa i jednak dobrą pamięć wzrokową. Póki co Geriavitu mi nie trzeba.
Do hotelu już bez przeszkód nas dowieziono. Justynka załatwiła pokoje i pojechała dalej. Dostaliśmy kartki ze wzorem kart meldunkowych więc znajomość angielskiego nie była potrzebna. Potem Pan bagażowy odprowadził nas do pokoi.
    
     Pokój bardzo widny, z olbrzymim podwójnym łóżkiem, w ścianie biała szafa z lustrem, stolik z krzesłem i nad nim lustro, ładna narzuta. Na tarasie stolik i 2 krzesełka. Widok na ogród.
Rzuciłam walizkę, wystukałam sms do koleżanki z numerem mojego pokoju. Ona niestety lecąc z tego samego biura, do tego samego hotelu dostała miejsce w samolocie do Tunisu. Tak się umówiłyśmy na kontakt, że ja docieram pierwsza i daję informację. SMS wysłany, odpowiedź, czekam już w kolejce na odprawę. Miała przylecieć do Tunisu o 21.30 no i dojazd do Sousse, wyliczyłam, że będzie w hotelu koło północy. Odświeżyłam się, przebrałam i akurat była pora na kolację. Uprzejmy kelner – z zawodu nauczyciel historii i geografii Dalib doprowadził mnie do stolika przy którym już siedziała Zuzia z rodzicami.
    
    Kolacja przy zapalonej świecy upłynęła bardzo miło. Oczywiście pozdrawialiśmy się po arabsku co tubylcom szalenie się podoba  (a ja zyskałam w ich oczach dodatkowe punkty). Patrzyli oczywiście na to z ogromnym zdziwieniem, ale zadowolenie było obustronne. Kolacja – jedzenie było mi doskonale znane, więc pałaszowałam z apetytem. Naturalnie nie mogłam sobie odmówić ich łakoci. Pyszne. A co mi tak kawałek ciasta. Na krzesło się zmieściłam. Po kolacji Zuzia poszła spać, a ja słysząc muzykę poszłam do głównej kawiarni posłuchać. Okazało się, że puszczono ze 2-3 utwory, a reszta – było bardzo dużo Niemców no i muzyczka to walczyki i nie tylko. Rozrywkę podporządkowano większości – czyli Niemcom. Mówi się trudno. Spoglądając na zegarek odmierzałam czas do przyjazdu koleżanki. Wiedząc że wieczorem są animacje postanowiłam obejrzeć i ocenić to dzieło.

     Ludzie – czegoś takiego nie widziałam w życiu. Trzech czy czterech animatorów postanowiło uprzyjemnić czas ale kwalifikacje, choreografia i muzyka – tak podłego programu w życiu nie widziałam. Jęzor mnie świerzbił aby podejść do DJ i kazać mu puścić właściwą muzykę i samej poprowadzić program. Żenujące występy i tyle. A czas płynął mi zbyt wolno w oczekiwaniu na przyjazd koleżanki więc ok 22.30 udałam się do swojego pokoju, włączyłam TV i oglądałam programy arabskie popijając swoją kawusię, w ulubionym kubku, który dostałam od uroczej, wspaniałej kobiety. Koleżanki tego wieczora się nie doczekałam, zasnęłam.

2 komentarze:

  1. Klik dobry:)
    Tak, tak, animacje i wszelkie występy są tam na niskim poziomie. Co ja mówię, na niskim? Poniżej wszelkiego poziomu. Dlatego często się zastanawiam, po co w ogóle są?

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedziałam na tych animacjach trochę z nudów, czekając na koleżankę bo ta wylądowała w Tunisie a nie Monastyrze. Widziałam w hotelach mnóstwo animacje ale to to były jedne z najgorszych. Na szczęście koleżanka w nocy przyleciała i nie byłam zdana na takie bzdurne spędzianie wieczoru.

      Usuń

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w okienku NAZWA wpisać nick i w okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w komentarzu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...